niedziela, 20 maja 2012
Ten "dzien" ... kulinarnie
Przez zoladek do serca. Kulinarna droga w kolejny rok zycia. Ah latka leca.
piątek, 11 maja 2012
P.S.
Zagryzam Kit-Kat Wasabi koloru zielonego prosto z Tokyo i wypelzam na powierzchnie. Zasluzony weekend pani Minister. Ha. Gra SENSE
Dorosli tez maja swoje gry. Trzy dni uczestniczylam w grze symulacyjnej organizowanej przez State Department i Agencje Strategicznego Rozwoju (US). Fikcyjne panstwo X, miedzynarodowa smietanka od Banku Swiatowego, ONZ, lokalne NGO i NATO, po lokalnych graczy (przedstawicieli swiata biznesu, bankow i lobbystow) i ja. Mianowali mnie Ministrem Finansow, druga po Prezydencie. Trzy dni bylam w ogniu walki o ekonomiczno-polityczta stabilizacja panstwa X. 8 lat pozniej (3-7 minut na miesiac realnego czasu) komputery pokazaly co pokazaly. Nie bylo zle. Jakos sie udalo wszystko poprawic, choc panstwo zrodzilo sie w bolach. Bylo tak intensywnie dla mojej roli (bo inni, np. investorzy sie przynudzali) ze nie mialam czasu ani na siku ani na jesc ani na kawe czy gleboki oddech. Zjadlam czekoladke z glodu ze stolik aprzeciwnej partii, oskarzono mnie o branie lapowek. Po powrocie do domu (prawdziwego) padlam jak mucha o 19 po dobranocce i nie wstalam do rana. Po trzech dniach, sukcesach panstwa X i atakach terrorystycznych, po 3 dniach na kawie, bez sikania, na wysokoch obrotach nabawilam sie bolu glowy. Zastanawiam sie, czy moja obecna praca taka nie-stresujaca czy za bardzo wcielilam sie w swoja role. A moze minelam z powolaniem?
sobota, 05 maja 2012
Closure
Fortuna kolem sie toczy. Moj ukochany C. doczekal sie, nie czekajac, bo ostatnie 6 lat (tak juz tyle ze mna wytrzymal LOL) staral sie zapomniec. Nieoczekiwany telefon, jakas zla passa, jakies choroby i nagle zmiana. Nie ufalam, ale pozwolilam pojechac. Tak wiec byl, wrocil, no i odebral co zawsze bylo jego. On dostal swoje closure i zamknal jakies niedomkniete sprawy, a ja mam dodatkowy ladny i potrzebny mebel do zagospodarowania w jadalni. What comes around, goes (back) around.
niedziela, 22 kwietnia 2012
Policyjne dyrdymaly
Zmiany w DC wprowadzili w celach "zarobkowych" smiem mniemac. Wydluzyli czas sprzedazy alkoholu w knajpach, oraz zezwolili na montarz kamer "do mandatow" bez ich oznaczania. Niespodzianka. Zeby bylo ciekawiej, nie za bardzo bylo o tym slychac. Tajemnica "policyjna". Logika jest przypuszczam taka. Dac sie ludziom spic, a potem wlepiac mandaty jak "sie spiesza" do domu. Niespodzianka tez i u nas w skrzynce. Piekne zdjecia (jedno nocne) naszegi Nissana. $250 kazde. Profesjonalnie. W takim tempie to my nie zarobimy na te mandaty. Taniej (byloby) siedziec w domu. Zycie.
środa, 18 kwietnia 2012
Kit-Kat - zrob sobie przerwe!
Zagryzam Kit-Kat, a gdzie ta przerwa? W pracy burdel, naciski i polityka. W domu albo plaza albo szpital. W polityce skandale. W wolnej PL klauzula sumienia dla aptekarzy. Swiat sie skurwil. Siasc i plakac nie wypada, za duza jestem. Czas na przerwe. Have a break, have a Kit-Kat.
środa, 11 kwietnia 2012
Dom otworem stoi
Wrocilam i dobrze mi. Padam na pysk ze zmeczenia, irytuje sie w pracy bo jakies zmiany bez uprzedzenia, a potem wracam do domu i jest dobrze. Noc we wlasnym lozku, z wlasnym chlopem - bezcenne.
czwartek, 05 kwietnia 2012
No i co?
No i Swieta. Jaja (i to jakie), baby (ach te baby), barany (i to ile) i mazurki (polsko-podkarpackie). Slodki balagan z chrzanem. Niech wiec bedzie smacznie, wesolo i rodzinnie. A ja lece, z baba pod pacha do siebie. U Mamy dobrze, ale nie ma jak w domu. Alleluja.
czwartek, 29 marca 2012
Teraz
A teraz jest tak. Od 4 dni terapeutycznie tak samo. Poranna przejazdzka albo dwie. Ja, konie, las, slonko i wiatr. Cicho, nic nie slychac... Odpoczywam i lapie wiatr we wlosy. Balans zycia wraca wraz z optymiznem. Nie jest zle, jest dobrze.
niedziela, 25 marca 2012
Ten obcy
Siedze na lotnisku czekajac na polaczenie do domu (starego) czyli do Rodzicow. Mieszane uczucia. Tesknie, ale ta tesknota utopiona jest w zalach, zlosciach, nieporozumieniach i wiecznej krytyce. Tesknie, ale nie rwe sie do przodu jak kiedy mialam 25 lat i bylam samotna w Azji. Tesknie, ale stresuje sie chyba bardziej czy beda awantury, czy dam rade "sie nie czepiac" i "zagryzac wargi ale nie krytykowac". Szef wczoraj (bysty chlop) zauwazyl moje rozterki "wakacyjne" i brak nastroju. Ja sama nie wiem czy to wakacje ten wyjazd, czy to obowiazek? A jak obowiazek to czy ja jestem az taka zla? A jak taka zla, to czy to z milosci czy szacunku? A jak kocham, to czy za malo? A on (bystry chlop) na to tlumaczy: "Wyjechalas, nie wrocias, a oni nawet nie umieja sobie wyobrazic Twoich realiow i dylematow zycia. Nie znaja twoich znajomych, nie wiedza jak mieszkasz, nie "mowia" Twoim jezykiem. Zycie was zmienia, ale osobno stad ta przepasc i chlod mimo milosci i tesknoty. "Nie znacie sie, jestescie sobie obcy!"
sobota, 24 marca 2012
Dosc
Kolejny etap podrozy zakonczony. Dopijam herbate jablkowa z widokiem i zamiast patrzec za siebie i wspominac "co bylo a nie jest", patrze na to co mam przed nosem (i troche dalej) i na co z utesknieniem czekam w domu "starym" i domu "nowym". Do zobaczenia / uslyszenia / usciskania / wypicia... Here I come!
środa, 21 marca 2012
Wyplakalam oczy niebieskie
Nadchodzi zawsze taki dzien na "wygnaniu" kiedy kumulacja hormonow, PMS-ow, stresu, niewyspania i zmeczenia "materialu" siega zenitu i nie da sie juz wiecej. Wtedy placze. Pomaga. Wypłakałam za tobą
niedziela, 18 marca 2012
Siedze sobie
Niedziela. Dzien swiety swiecic. Siedze sobie w kafe z widokiem na Niebieski Meczet, slonce opala piegi, turecka kawa w malej filizance przepijam pyszny deser (tym razem nie baklava) i uspokajam skolatane nerwy tygodniem w pracy. Potem przemieszcze sie na jakis "dachowy" restaurant z widokiem na morze, zamowie kebab, chlebek lavash i zapiekane oberzyny, przepije cherbata jablkowa w malej szklaneczce. Pamietaj. Dzien swiety swiecic.
poniedziałek, 05 marca 2012
Zazielenilo sie
Co roku te same slowa. No coz, zazielenilo sie i uroslo kilka drzew. Zonkile kwitna, krokusy juz nie. Magnolie ciesza sie sloncem. Ciesze sie i ja. Za tydzien wyjazd na dluzej. Bede tesknic.
czwartek, 23 lutego 2012
Wind of change
"The wind of change Zmiany, zmiany, zmiany. I say change is good. So far, so good. Spimy po 8h, nie ma walki z bezsennoscia i dramatow porannych. Nie ma awantur i problemow zoladkowych. Dopiero 3 dni zmian, a juz lepiej. Zmiany. Mala ulga. Wind of change. Mam nadzieje za szybko nie "zdechnie".
poniedziałek, 20 lutego 2012
A w domu za piecem
Wrocilam z Afrykanskich wojazy chora. Na szczescie nie malaria, a zwykle przeziebienie. Zalatwilo mnie 40C slonce i klima w aucie. A teraz trzy tygodnie odpoczynku, nim zatopie zeby w Tureckiej baklavie, a potem w Polskiej wiejskiej z chrzanem. A moze sledzik zamiast wiejskiej. Zapachnialo Wielkanocnym stolem. Odliczam, choc bede tesknic.
czwartek, 16 lutego 2012
Bus boys and poets
A co tam kasa. Moj mezczyzna napisal mi Walentynkowy wierszyk rymowany jak trza. Cytat maly ponizej, na dowod ze (a) nie klamie i (b) mam super faceta w domu, ktory pisze wiersze i czeka z utesknieniem, az porzuce w cholere ta Afryke i wroce do domu. Jutro wylot. I love the way you cuddle.
wtorek, 14 lutego 2012
Walentynki w Nigeryjskiej "wiosce"
Moj wlasny chlop przyslal mi zdjecie mojej ulubionej czesci jego ciala (nie, nie to co myslicie) i buziaka. Bo bym na smierc zapomniala ze dzis Walenty, i choc nie obchodze, to trzeba zaobswerowac lokalne zwyczaje. Przy basenie w hotelu impreza, walentynkowy obiad dla par / singli przy waleniu w bebny. Glowa mi peka, nie wiem jak cos przy takim halasie mozna na randce osiagnac. W miedzyczasie dowiedzialam sie, ze zadna kobieta nie przyjmie kwiatka, bo to bezwartosciowe. Mezowie, chlocy i narzeczeni poza kolacja wreczaja stroje, kapelusze, diamenty i kase. Komercyjnie jak w US. Bo to co nas podnieca, to sie nazywa kasa. Cos w tym jest. Nie zaprzeczam.
poniedziałek, 13 lutego 2012
Zaczytalam sie
Popularne ostatnio w US "Hunger Games" trzy tomiska w tydzien dla mnie sukces. Czytalam w samolocie, a nie lubie. Na lotnisku, tez nie lubie. Skonczylam wczoraj tom III przy basenie zaczepiana przez Nigeryjskich chlopakow, oraz dzwieczyny. Inwazja. Wyszukalam w necie, ze po polsku przetlumaczyli tytul (filmu, nie wiem czy tez ksiazek) na "Igrzyska Smierci" i chyba nie do konca oddaje to sens ksiazki, choc fakt jest smierc (duzo) i igrzyska. Tak naprawde jest o glodzie, rodzinie, oddaniu i wladzy. A teraz sie zastanawiam czy bylabym rebeliantem czy oddanym "niewolnikiem" systemu? A czy urodzona 30 lat wczesniej, bylabym w parti czy aktywna dzialaczka oporu? Nie wiem. Ksiazke polecam. Filmu jeszcze nie ma do Marca, ale nie sadze by Hollywood sie spisal. Ksiazka to ksiazka.
wtorek, 31 stycznia 2012
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Pasje, jak i moje
W kuchni i od frontu ...
Zagladaja...i ja tez zaczelam
Zagladam...
|